folk metal bialy vitez

Oj, nie spieszy się wojom z Białego Vitezia, nie spieszy się ani trochę. Od czasu wydania ich debiutanckiego dema, które mocno zaostrzyło apetyt na większą ilość muzyki tego zespołu, minęły dobre 3 lata. Wreszcie dostajemy coś nowego – co prawda to „tylko” split, ale zaiste nie byle jaki. Naturalnie, nie jest to też wydawnictwo bez wad, ale po szczegóły zapraszam do recenzji.

 

Pierwsza na albumie jest legenda polskiego pagan metalu – Graveland. Nie będę się tu za mocno rozpisywał, bo po pierwsze twórczość Roba Darkena nie do końca wpisuje się w nasz redakcyjny profil, a po drugie każdy raczej wie, czego można się spodziewać po tym projekcie. W skrócie napiszę tylko, że na „Ogniu wilczych serc” wypadł bardzo dobrze – co cieszy, zwłaszcza, że ostatnie (czyli te z ostatnich kilku lat) dokonania jakoś niespecjalnie mnie przekonywały. Ciekawostką jest tu pojawienie się po raz kolejny słynnej „Białej Husarii”, o ile mnie ucho nie myli chyba nagranej na nowo. Poza tym mamy tu dwa długie utwory w charakterystycznym gravelandowym stylu, chociaż bardziej dynamiczne niż zwykle i bardzo dobrze. Na plus zaliczam wokale, które tym razem są nieco inne i lepsze niż dawniej. Poza tym, Darken trzyma poziom i wielbiciele jego twórczości raczej powinni być usatysfakcjonowani. Nie da się jedna ukryć, że dla wielu głównym daniem będzie jednak zespół numer dwa – czyli Biały Viteź.

 

Co więc przygotowała wschodząca, co prawda powoli, ale „gwiazda” polskiego folk metalu? Przygotowała materiał równie dobry, co zostawiający niedosyt – to znowu tylko dwa utwory metalowe, jeden etniczno-ludowy, a do tego intro i rozbudowane outro na okrasę. To outro można by w zasadzie uznać za pełnoprawny utwór, zwłaszcza, że jest drugim najdłuższym z całego materiału. Mimo że trwa blisko sześć minut, to kończy się zanim na dobre zacznie, nie mogę więc się oprzeć klasyfikowaniu go jako rozbudowanego zakończenia. Ale to sprawy czysto formalne i zwykłe lanie wody, ażeby recenzja była dłuższa. Przejdę zatem do sedna sprawy, czyli jak właściwie wypadli panowie na, bądź co bądź, bardzo długo oczekiwanym materiale. A powiem krótko – tego było mi trzeba na lechickiej scenie. Utwory konkretne, przemyślane, działające na wyobraźnię i emocje. Ludowe wstawki są bardzo oszczędne, ale użyte z rozmysłem; gitary czytelne i grające bardzo charakterystycznie; są nawet klawisze, które w utworze „Na swój miecz” przywodzą mi na myśl Drudkh z pierwszych płyt. No, i najważniejsze – wokale, które uległy ogromnej poprawie od czasów dema, o Archandrji nie wspominając. I mówię tu przede wszystkim o tych czystych – tym razem udały się bardzo elegancko. Co prawda, maniera wokalna obydwu wokalistów nie każdemu przypadnie do gustu, ale ja nie mam większych zastrzeżeń. Zawsze może być lepiej, ale i tak jest dobrze – i słuchać to zarówno w „hicie” tego materiału, czyli podniosłym „Kędy mój los”, jak i utworze czysto ludowym – „Gdzie umiera dzień”, który zagrany i zaśpiewany jest wyśmienicie – więcej takich! Poza tymi utworami mamy jeszcze świetny, dynamiczny „Na swój miecz” i właśnie owo „rozbudowane outro”, którego się czepiłem na początku – czyli „Kiedy skonam”. Jest to bardzo dobry utwór, natomiast trochę szkoda, że tak, jak napisałem, przez ponad połowę trwania lekko smęci, a gdy zaczyna się rozkręcać – za chwilę się kończy. Mimo to jest to bardzo dobre zamknięcie materiału, a moje narzekanie wynika zwyczajnie z niedosytu, bo 20 minut z intrem to trochę za mało po takim czasie oczekiwania.

 

Podsumowując – wiedziałem, że z tego zespołu wyrośnie coś wielkiego. Miejmy tylko nadzieję, że albumu (a przynajmniej kolejnego wydawnictwa) doczekamy się prędzej, niż później. Na tym materiale Biały Viteź powraca w świetnej formie i z pomysłem na muzykę, a także kilkoma ciekawostkami, które jednak radzę już sprawdzić samemu. Rośnie nam solidna marka, stanowiąca bardzo miłą alternatywę dla sceny zdominowanej przez zespoły zdające się stawiać tylko na agresję i technikę…

 

Ocena:

Graveland: 7/10
Biały Viteź: 9/10

Ogółem: 8.5/10